Małołączniak (2096 m n.p.m.) - wrzesień 2010

Moja pierwsza górska ulewa


Była to dla nas nowa trasa. W sumie można ją uznać za łatwą i piękną, choć trochę długą. Jednak wtedy wyglądało to inaczej. Trawers Ciemniaka zdawał się być bardzo wąski, mocno przepaścisty i ogólnie mroczny. Zaś sama ulewa nie chciała nam odpuścić. Momentami woda tak napierała, że wlewała się do ust i utrudniała nabranie powietrza. Wpadłem tam w pewien trans. Zostałem już tak przemoczony, że ogarnęło mnie dziwne zobojętnienie. Przestałem omijać liczne kałuże i bez zająknięcia pokonywałem kolejne trudności. Moje myśli skupiły się na jednym celu -> jak najszybsze dotarcie do schroniska…

W tym wpisie sięgam po wspomnienia z 13 września 2010 roku. Wciąż w miarę dobrze pamiętam wydarzenia z tamtego dnia, gdyż górskie przygody (szczególnie te „mocne”) potrafią zapisać się w pamięci.

Na początek trochę przemyśleń…

Pierwsza ulewa jako chrzest bojowy:

Ulewa jest jednym z wielu zagrożeń, na które można się nadziać podczas górskiej przygody. Umiarkowane opady deszczu (na nie znacznie łatwiej trafić) raczej nie stanowią wielkiej przeszkody, ale ulewa w górach to już zupełnie inna rozmowa. Stąd też pierwszą, konkretną ulewę można uznać za pewien „chrzest bojowy” dla miłośników górskich przygód.

Im więcej czasu przebywa się w górach, tym większe ryzyko, że w końcu trafi się na takie poważne wyzwanie. Zwłaszcza przy „sztywnym” planowaniu wypraw z dużym wyprzedzeniem to ryzyko jest dość wysokie. Natomiast przy elastycznym planowaniu w zależności od szczegółowych prognoz pogody i przy odrobinie szczęścia można z powodzeniem omijać ulewy… aż do czasu, kiedy tej „odrobiny szczęścia” zabraknie.

Dodam, że wraz z rozkręcaniem się pasji, rośnie „ciśnienie” na wyprawy górskie. W efekcie przesuwa się „granicę ryzyka” w swoich planach. Stąd też wiele osób nieraz decyduje się na aktywność mimo „niepewnych” prognoz pogody, a niektórzy nawet świadomie wybierają się na trudne warunki. Nie będę takiej postawy krytykować. Niebezpiecznym błędem jest wybranie się na trudną wyprawę bez adekwatnego przygotowania. Natomiast jeśli ktoś jest dobrze przygotowany do podjętego wyzwania, to nie widzę nic złego w wymagających górskich przygodach. Sam też miewam „ciśnienie” na wyprawy. 🙂

Uwielbiam wędrówki przy pięknej pogodzie, już wiele razy cierpliwie wyczekiwałem na ciepłe i słoneczne dni. Nieraz trafiałem w najlepsze okna pogodowe w sezonie. Jednak nie zawsze starczało cierpliwości i w ostatnich latach tęsknota za górami czasem skłaniała mnie do działania mimo „niepewnych” prognoz, a nawet mam już na swoim koncie planowaną burzę w Dolinie Kościeliskiej (miło ją wspominam). Wyprawy „miałem pod kontrolą”, gdy przygotowanie i strategia działania okazywały się odpowiednie. Natomiast we wrześniu 2010 roku było inaczej, wtedy zabrakło doświadczenia, ciężkie warunki mnie zaskoczyły i otrzymałem nieplanowany „chrzest bojowy”.

Tatry - 13 września 2010
Okolice Giewontu w pochmurnej scenerii – wrzesień 2010

Wspomnienia z 13 września 2010:

2010 rok zapewnił w Tatrach zimny wrzesień z kapryśną pogodą. Prognozy były niepewne, ale mimo wszystko liczyłem na długo oczekiwaną poprawę i znośne warunki. Spodziewałem się co najwyżej słabych, przelotnych opadów. Nieraz przy gorszych prognozach w ogóle nie padało lub tylko lekko kropiło, więc wybrałem się w góry z optymistycznym nastawieniem. Towarzyszył mi kuzyn, Michał Ziąbka. To była już nasza 5 wspólna wyprawa górska (wszystkie w Tatrach). W planach mieliśmy 4-dniową akcję, na pierwszy dzień (13 września) Giewont i Czerwone Wierchy, a na pozostałe dni jaskinie w rejonie doliny Kościeliskiej oraz szczyty w rejonie Doliny Chochołowskiej. Mając w pamięci poprzednie wyprawy z kuzynem Michałem, spodziewałem się, że i tym razem czeka nas porządna przygoda…

Pierwsza niespodzianka wystąpiła już w Dolinie Małego Szerokiego (odnoga Doliny Kondratowej). Ja i Michał pierwszy raz mogliśmy podziwiać niedźwiedzia brunatnego na żywo w naturalnym środowisku. Odległość była bezpieczna, a sam misiek zainteresowany tylko roślinkami, więc mogliśmy spokojnie obserwować miśka, dopóki nie zniknął nam z pola widzenia. Wtedy zaskoczyło mnie miejsce spotkania niedźwiedzia, ponieważ okolice Giewontu są bardzo popularne i odwiedzane przez wielu turystów. Jednak okazuje się, że w rejonie Doliny Kondratowej zagnieździła się „miśkowa rodzinka” i już sporo turystów widziało niedźwiedzia w tamtym rejonie.

Widok z Kopy Kondrackiej - wrzesień 2010
Widok z Kopy Kondrackiej – wrzesień 2010

Następnie zdobyliśmy Giewont (moje pierwsze wejście) w pochmurnej scenerii. Widoków nie mieliśmy, ale za to udało się przejść przez kopułę szczytową bez zatorów i to w samo południe. Kolejnym celem były Czerwone Wierchy. Gęste zachmurzenie wciąż nam towarzyszyło, a tuż przed Kopą Kondracką usłyszeliśmy incydentalny odległy grzmot. Czyżby oznaka burzy? Hmm… weszliśmy na szczyt i tam odnieśliśmy błędne wrażenie, że się przejaśnia. Co prawda pojawiły się jakieś widoki, ale „coś wisiało w powietrzu”. Z naszym przygotowaniem w tamtym dniu wypadało zawrócić, niestety nie odczytaliśmy poprawnie sytuacji. Michałowi zależało na poznaniu Czerwonych Wierchów, a tymczasem do tamtej pory nic nie padało i naiwnie myśleliśmy, że jest ok. Zatem trzymaliśmy się planu dojścia do schroniska w Dolinie Kościeliskiej. Na grzbiecie Czerwonych Wierchów zalegało trochę płatów świeżego wrześniowego śniegu. Obawialiśmy się tej przeszkody, ale w praktyce szło się w miarę sprawnie. Poważniejsze problemy zaczęły się dopiero od Małołączniaka (2096 m n.p.m.). 

Małołączniak (2096 m n.p.m.) - wrzesień 2010
Małołączniak (2096 m n.p.m.) – wrzesień 2010

Nie tylko my byliśmy wtedy na Czerwonych Wierchach, jednak inni szli w odwrotnym kierunku. Jeden ze spotkanych turystów zrobił nam zdjęcie na Małołączniaku. Dokładnie wtedy zaczęło kropić. Słabo – no tak, spodziewałem się słabego, przelotnego deszczu. Wszystko pod kontrolą. 😉 Jednak miny szybko nam zrzedły. Po chwili delikatne kropienie nagle przobraziło się w „ścianę deszczu”. A więc ulewa… to niespodzianka, na którą nie byliśmy gotowi (zarówno mentalnie, jak i pod względem posiadanego sprzętu). Szybko schowałem komórkę oraz aparat fotograficzny do siatek foliowych i wrzuciłem je do plecaka. Następnie na plecak zarzuciłem pokrowiec przeciwdeszczowy. Jednak zapomniałem ogarnąć sprawę z karimatą – powinienem ją przymocować z boku plecaka, dzięki czemu pewnie pokrowiec trochę lepiej spełniłby swoją funkcję. Niestety emocje nie pozwalały mi trzeźwo myśleć. Z trudem próbowałem oswoić się z zaistniałą sytuacją. Posiadałem na sobie cienką kurtkę wiatrówkę. Do tamtej pory w górach miałem do czynienia tylko ze słabymi opadami i taka kurtka wcześniej mi wystarczała. Natomiast wtedy na Czerwonych Wierchach jej właściwości przeciwdeszczowe zostały wręcz „ośmieszone”. Ile wytrzymała? Kilkadziesiąt sekund? Minutę? Kilka minut? Nie pamiętam, wiem tylko, że ledwo opuściliśmy Małołączniaka, a kurtka już przegrała starcie z ulewą. Michał nie był w lepszej sytuacji. Nasze ubrania przemakały w masakrycznym tempie, a morale spadały. Przy czym Michał na szczęście zachował więcej „zimnej krwi”, mentalnie okazał się silniejszy. Ja już w rejonie Litworowej Przełęczy zacząłem wymiękać i chciałem się poddać. Rozważałem nawet opcję wezwania pomocy. 

Miałem kryzys, a Michał motywował mnie do dalszej walki. Był w tej roli na tyle skuteczny, że w końcu wziąłem się w garść, zacisnąłem zęby i stanąłem do „batalii o przetrwanie”. Po chwili zdobyliśmy Krzesanicę (2122 m n.p.m.), o czym zorientowaliśmy się, gdy tuż pod naszymi nogami „wyrosła” przepaść. W pochmurnej scenerii charakterystyczne, monumentalne urwisko prezentowało się okazale, wręcz spektakularnie i nadawało chwili intrygujący nastrój grozy. Przed nami był niebezpieczny odcinek z mokrymi skałami, na szczęście buty spisywały się bez zarzutu, w ogóle nie ślizgały się. Buty Michała również były stabilne. To zapewniało nam niezbędną pewność ruchów. Jednak emocji nie brakowało. Ulewa stawiała trudne warunki. Już przed wejściem na Ciemniak (2096 m n.p.m.) woda wlewała mi się do majtek. Jedynie buty dzielnie stawiały opór, ale i one w końcu skapitulowały na Twardym Grzbiecie, gdzie wodę intensywnie spadającą z nieba wsparły pokaźne płaty mokrego śniegu, które dopełniły „dzieła zniszczenia”. Totalne przemoczenie sprawiało, że odczucie zimna zaczęło nam mocno doskwierać. Prawie w ogóle nie stawaliśmy, ciągle cisnęliśmy do przodu, a mimo to ciężko było o rozgrzanie się i „złapanie temperatury”.

Po pewnym czasie dotarliśmy do rozwidlenia i zaczęliśmy zejście zielonym szlakiem, który trawersuje zachodnie stoki masywu Ciemniaka, a następnie prowadzi przez Tomanową Dolinę. Była to dla nas nowa trasa. W sumie można ją uznać za łatwą i piękną, choć trochę długą. Jednak wtedy wyglądało to inaczej. Trawers Ciemniaka zdawał się być bardzo wąski, mocno przepaścisty i ogólnie mroczny. A sama ulewa nie chciała nam odpuścić. Momentami woda tak napierała, że wlewała się do ust i utrudniała nabranie powietrza. Wpadłem tam w pewien trans. Byłem już tak przemoczony, że ogarnęło mnie dziwne zobojętnienie. Przestałem omijać liczne kałuże i bez zająknięcia pokonywałem kolejne trudności. Moje myśli skupiły się na jednym celu -> jak najszybsze dotarcie do schroniska. Złapaliśmy dobre tempo, cel wydawał się być coraz bliżej. Aż tu nagle przed nami wyrosła przeszkoda, która wytrąciła mnie z transu.

Na trawersie Czerwonego Żlebu czekała na nas pozostałość po wcześniejszych wrześniowych opadach śniegu. Przy czym nie był to miękki śnieg tak jak w wyższych partiach Czerwonych Wierchów, lecz mieliśmy do czynienia z twardym, złowieszczym płatem lodoszreni. Zaskoczyła mnie ta „atrakcja” na niskiej wysokości (ok. 1650 m n.p.m.). Góra nie chciała nas łatwo wypuścić. Nie posiadaliśmy ani raków ani czekana, a więc nadszedł czas na próbę nerwów. Pierwszy poszedł Michał i … udało się! O dziwo bez większych problemów. Gdy jednak nadeszła moja kolej, zacząłem wymiękać. Miałem w pamięci pewną naszą wspólna przygodę na płacie firnu (przeobrażony śnieg) w lipcu 2008 roku. Wtedy też Michałowi się udało, a mi poszło znacznie gorzej (dostałem nauczkę, że firnu nie można lekceważyć). Od tamtej pory twarde i śliskie „zimowe pozostałości” traktuję z dużym, nieraz przesadnym respektem. W efekcie uleciała ze mnie pewność siebie, gdy tylko stanąłem przed pochyłym płatem lodoszreni. Wyżłobiona ścieżka przecinająca ten płat była ledwo widoczna i również zdawała się być pochyła. W efekcie jeden błąd mógł skutkować dramatycznym rozwojem zdarzeń. Michał widząc moje problemy, zaryzykował i cofnął się, aby udzielić mi wsparcia. Mroczna „otchłań” Czerwonego Żlebu zapewniała sporo emocji. Michał podał mi rękę, co w takiej sytuacji dało mi minimum poczucia bezpieczeństwa. Nieśmiało wkroczyłem na lodoszreń i powoli wykonywaliśmy kolejne kroki. Adrenalina mocno podskoczyła, a gdy już minęliśmy przeszkodę poczułem ogromną ulgę i wróciłem do poprzedniego transu. 

Ponownie przyspieszyliśmy, zrobiło się cieplej, tylko ten deszcz wciąż nie odpuszczał. Byliśmy spragnieni i głodni, od kilku godzin nic nie jedliśmy. Energia nas opuszczała, ale siła woli pchała dalej do przodu. Od schroniska dzieliło nas tylko przejście Tomanowej Doliny. Droga się dłużyła, lecz pocieszaliśmy się – „jest bliżej niż dalej”. 🙂 Gdy weszliśmy wgłąb gęstego lasu, pod niektórymi drzewami dało się na chwilę odpocząć od ciągłej ulewy, po czym ponownie trafialiśmy pod zimny prysznic. Miejscami szlak do złudzenia przypominał rwący potok górski. Woda zdawała się być wszędzie. Jednak przetrwaliśmy ten „chrzest bojowy” i w końcu po około 4 godzinach ciągłej ulewy, naszym oczom ukazało się Schronisko na Hali Ornak. 

W schronisku mogliśmy wreszcie coś zjeść. Po czym szybko zorientowaliśmy się, że nie spędzimy tam komfortowej nocy. Śpiwory mieliśmy totalnie przemoczone, a wolnych pokoi brak. Ponadto ciężko było wysuszyć sprzęt i ekwipunek. Na szczęście kuzyn znowu wykazał się przytomnością umysłu. Ogarnął pomysł noclegu w kwaterze, którą znał ze swoich rodzinnych pobytów w dzielnicy Zakopanego – Małe Ciche. W schronisku wzmocniliśmy swoje siły czekoladą i batonami, zakupiliśmy peleryny, a następnie udaliśmy się w kierunku Kir. Opad deszczu nie zniknął, ale za to znacząco osłabł, co nas ucieszyło. W porównaniu do ulewy, taki deszcz to była rekreacja. Dolinę Kościeliską przeszliśmy sprawnie w około godzinę. W końcówce zaczęło robić się ciemno. Na szczęście bez problemów złapaliśmy busa do Dworca w Zakopanem, a tam weszliśmy do kolejnego busa, który zawiózł nas do Małego Cichego. Będąc w kwaterze, mogliśmy spokojnie ogarnąć się po ciężkiej lekcji, jakiej udzieliły nam góry. Nafaszerowaliśmy się lekami (w ramach prewencji przed przeziębieniem) i uskuteczniliśmy wielkie suszenie całego ekwipunku. W suszeniu pomogła nam życzliwość gospodarzy. Po dniu odpoczynku byliśmy gotowi do kolejnej wspólnej wędrówki i już 15 września 2010 roku ponownie zawitaliśmy w Tatrach (Dolina Gąsienicowa + Mały Kościelec).

Wnioski:

Reasumując, opisaną przygodę wspominam jako bardzo ciekawą, lecz trochę niebezpieczną. Góry udzieliły nam wartościowej lekcji – 13 września 2010 roku dosłownie dostaliśmy „lanie”. 🙄  Szacuję, że w ciągu około 4 godzin spadło na nas ponad 20 mm opadu. Otrzymaliśmy długi zimny prysznic, na który zupełnie nie byłem gotowy zarówno mentalnie, jak i pod względem posiadanego sprzętu. Od tamtej pory zacząłem przywiązywać większą wagę do ochrony przed deszczem. Ponadto zmieniła się moja mentalność. Na własnej skórze przekonałem się, że przy „niepewnych”, pozornie optymistycznych prognozach pogody możliwe są również bardzo trudne warunki. Stąd też do prognoz warto podchodzić z pewną rezerwą (zwłaszcza w górach). Podczas planowania wypraw, polecam takie podejście:

W kontakcie z górami lepiej „dmuchać na zimne” i posiadać „zbyt dobre” przygotowanie (zarówno mentalne, taktyczne, jak i sprzętowe) do podejmowanego wyzwania niż pewnego razu doznać zaskoczenia, tym samym znajdując się w ciężkiej sytuacji.

Kamil Filipowski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s